Excerpt for Morderstwo pod Jesziwą Mędrców Lublina by Arkadiusz Moszczynski, available in its entirety at Smashwords


Arkadiusz Moszczyński


Morderstwo pod Jesziwą Mędrców Lublina


Copyright by Arkadiusz Moszczyński

Kraków 2012


Moim koleżankom i kolegom z Lublina, którzy musieli

wyjechać z PRL-u w 1968 roku i później...


***


Przez kłęby dymu tytoniowego można było dostrzec za oknem jasną zieleń wiosennych listków. Maj 1930 roku w Warszawie był piękny. Narada, zwołana w pilnym trybie, trwała już pół godziny. Odbywała się w gmachu II Oddziału Sztabu Głównego Wojska Polskiego przy Placu Saskim. Prowadził ją szef Wydziału IIb major Stanisław Szaliński. Obecni byli pracownicy Referatu Kontrwywiadowczego, Referatu Ochrony i Referatu Ogólnego.

Początek narady poświęcony był mało istotnym sprawom organizacyjnym Wydziału. Wszyscy czekali z niecierpliwością, aż szef przejdzie do meritum. W końcu major Szaliński zgasił niedopałek w popielniczce i odchrząknął znacząco.

– Panowie oficerowie! Wczoraj otrzymałem z Referatu „Niemcy” prezent w postaci skopiowanej informacji, która dotarła do Berlina od niemieckiego agenta S2, działającego w Polsce. Jednoznacznie ustaliliśmy, że informacja dotyczy tajnych prac prowadzonych w lubelskich zakładach lotniczych Plage i Laśkiewicz. Jak panom wiadomo, prowadzone tam dla wojska prace dotyczą opracowywania i wdrożeń do produkcji nowych konstrukcji samolotów. Dotyczą też wdrażania materiałów i technologii opracowanych przez profesora Jana Czochralskiego na Politechnice Warszawskiej. Informacja przechwycona w Berlinie dotyczy właśnie tych ostatnich prac.

Nie muszę panom tłumaczyć, w jak dyskomfortowej sytuacji znalazł się nasz Wydział. Sytuację pogarsza fakt, że profesor Czochralski jest pupilem, jeśli można tak powiedzieć, prezydenta Mościckiego. Prezydent jest także profesorem chemii i to właśnie on, mówiąc kolokwialnie, ściągnął dwa lata temu profesora Czochralskiego z Niemiec do Polski.

Obecny tu porucznik Konarski, odpowiedzialny za zabezpieczenie kontrwywiadowcze kontaktów profesora z przemysłem, podporucznik Śliwiak – oficer informacyjny na Politechnice i podporucznik Miciński – oficer informacyjny w zakładach Plage i Laśkiewicz otrzymali już wczoraj polecenie zajęcia się wyłącznie tą sprawą. Odpowiedni szyfrogram został również wysłany do Samodzielnego Referatu Informacyjnego Dowództwa Okręgu Korpusu w Lublinie.

Proszę kolegów o zabranie głosu w tej sprawie. Oczekuję propozycji i pomysłów...

Na sali zaległa cisza. Zebrani doskonale wiedzieli, że szef będzie miał najlepszą propozycję, więc nie wysilali zbytnio intelektu. I faktycznie, po dłuższej chwili, major zabrał ponownie głos.

– Dodam jeszcze garść informacji dla niewtajemniczonych kolegów. Otóż w lubelskiej fabryce tylko, lub aż sześć osób otrzymuje kopie tajnych dokumentów, przygotowanych przez pracowników profesora Czochralskiego. Są to główny konstruktor, główny technolog i czterech technologów z działu metalurgii. Pracownicy profesora są poza podejrzeniami, gdyż nasz informator z Berlina wskazuje jednoznacznie, że materiał szpiegowski dociera do Niemiec z Lublina. Z drugiej strony, w Lublinie nie ma możliwości prowadzenia obserwacji podejrzanych. Samodzielny Referat Informacyjny Dowództwa Okręgu Korpusu ma tylko trzech agentów wywiadu. Trzech agentów może obserwować całodobowo najwyżej jedną osobę. Lubelska policja, która ma obowiązek z nami współpracować, musiałaby oddelegować na nasze potrzeby co najmniej piętnastu wywiadowców na kilka tygodni, co oczywiście nie wchodzi w rachubę.

Major przerwał i upił trochę kawy z filiżanki stojącej przed nim na stole. Zapalił papierosa i potoczył zniechęconym spojrzeniem po zebranych.

– Spotkałem się wczoraj z porucznikiem Konarskim – ciągnął dalej – i postanowiliśmy przedstawić następujący plan. Otóż chcemy poprosić profesora Czochralskiego, o przygotowanie sześciu egzemplarzy dokumentacji technologicznej jakiegoś stopu metali. Te egzemplarze powinny różnić się nieznacznie między sobą. Jak wiadomo, kopie dokumentacji doręczane są adresatom, zgodnie z przepisami, w specjalnych teczkach, imiennie, za pokwitowaniem, a potem przechowywane są w szafach pancernych na terenie zakładu. Dokumentacja nie powinna wzbudzać podejrzeń merytorycznych. Zadba o to profesor Czochralski. Różnice między poszczególnymi egzemplarzami pozwolą nam w prosty sposób zidentyfikować agenta S2, gdy jego meldunek pojawi się w Berlinie. Wtedy przystąpimy do energicznego działania na miarę naszych sił i środków. Czy są jakieś uwagi odnośnie tego planu?

Major ponownie potoczył wzrokiem po zebranych. Stracił całkowicie nadzieję na ich aktywność i postanowił zakończyć zebranie.

– Jestem umówiony z profesorem Czochralskim za dwie godziny. Proszę wszystkich o zwiększoną czujność i nadanie tej sprawie najwyższego priorytetu w swoich działaniach.

Wstał, zgasił niedopałek i wyszedł szybko z sali. Jeden z oficerów mruknął do kolegi:

– Jak zwykle tracimy czas. Rezultat spotkania był z góry znany.

– Nihil novi sub sole – odpowiedział sentencją zagadnięty.


***


Samochód, który wiózł majora Szalińskiego, zbliżał się powoli w rejon Belwederu, gdzie przy ulicy Nabielaka dobiegała końca budowa luksusowej willi profesora Jana Czochralskiego. Major, przed opuszczeniem Wydziału, odświeżył sobie wiedzę o życiu profesora, czytając odpowiednie akta. Wyłaniał się z nich obraz człowieka niezwykłego w wielu wymiarach.

Jan Czochralski urodził się 1885 roku w Kcyni pod Poznaniem, jako ósme z dziesięciorga dzieci. Ojciec utrzymywał rodzinę, prowadząc zakład stolarski. Zgodnie z jego wolą, syn ukończył w 1904 roku Seminarium Nauczycielskie w Kcyni. Czochralski demonstracyjnie podarł świadectwo ukończenia szkoły, nie zgadzając się z wystawionymi mu ocenami. Brak świadectwa zamykał mu formalnie drogę do dalszego kształcenia. Postanowił zrealizować swoje marzenia i pasje jako samouk. A jego największą pasją była chemia.

W 1904 roku wyjechał do Niemiec i rozpoczął pracę w aptece dr A. Herbranda w Altglienicke koło Berlina. Prowadził tam, między innymi, analizy rud, olejów, smarów i metali. Tu zdobywał doświadczenie chemika, materiałoznawcy i uczonego, zdobywał wiedzę i samodzielność w formułowaniu tematów badawczych. W tym czasie, jako wolny słuchacz, uczęszczał na wykłady z chemii specjalnej na Politechnice w Charlottenburgu koło Berlina i na zajęcia na Wydziale Sztuki Uniwersytetu Berlińskiego.

W 1906 roku rozpoczął pierwszą pracę naukową w laboratoriach firmy Kunheim & Co, a rok później w Allgemeine Elektricitäts Gesellschaft (AEG), gdzie został kierownikiem badania stali i żelaza. W 1910 roku uzyskał dyplom inżyniera chemika na Politechnice w Charlottenburgu. W tym samym roku ożenił się z poznaną na Uniwersytecie Berlińskim Margueritą Haase, pianistką z holenderskiej rodziny osiadłej w Berlinie.

W latach 1911-14 był asystentem Wicharda von Moellendorffa, z którym opublikował swoją pierwszą pracę poświęconą krystalizacji metali, a dokładniej podwalinom późniejszej teorii dyslokacji. Największy rozgłos przyniosła mu, odkryta w 1916 roku, metoda pomiaru szybkości krystalizacji metali, wykorzystywana obecnie do produkcji monokryształów. Według popularnej anegdoty metodę tę odkrył przypadkowo, zanurzając przez roztargnienie pióro w tyglu z gorącą cyną, zamiast w kałamarzu. Pomiar szybkości krystalizacji metali przyniósł mu największy rozgłos.

W 1917 roku przeniósł się do Frankfurtu nad Menem, gdzie został szefem laboratorium metaloznawczego Metallbank und Metallurgische Gesellschaft AG. Opracował tam w 1924 roku bezcynowy stop łożyskowy dla kolejnictwa, tak zwany metal B.

Stop spowodował rewolucję w kolejnictwie, dając oszczędności i niezawodność. Wynalazek był bardzo ważny dla niemieckiej gospodarki, którą po I wojnie światowej objęto zakazem importu cyny. Patent zakupiony został przez niemiecką kolej oraz liczne państwa, w tym USA, ZSRR, Czechosłowację, Francję i Anglię. Metal B pozwolił Czochralskiemu zrobić duży majątek. Stać go było na kupno i utrzymanie domów we Frankfurcie i Berlinie. Z wynalazku korzystają koleje we Francji, USA i Anglii, płacąc sowicie odkrywcy. W Polsce produkcję metalu B rozpoczęły warszawskie zakłady Ursus.

Głównym zadaniem młodego Czochralskiego było wprowadzenie aluminium do elektroniki, a więc pionierskie prace nad technologią produkcji blach, drutów i wyprasek aluminiowych, badanie stopów aluminium i standaryzacja badań metalograficznych. Metale i metalografia stały się odtąd pasją Czochralskiego.

Zainteresowania Czochralskiego nie ograniczały się tylko do zastosowań przemysłowych. Do prac o charakterze podstawowym zaliczyć należy pionierskie badania anizotropii twardości monokryształów, co miało swoje znaczenie przy obróbce plastycznej materiałów (prace z lat 1913-1923). Ukazały się też dwa podręczniki tłumaczone później na kilka języków. Wiele prac objętych było jednak tajemnicą służbową lub wojskową (także obecnie w Polsce) i zapewne nigdy nie zostało opublikowanych. Wiadomo, że tylko w okresie pracy we Frankfurcie Czochralski był autorem raportów liczących ponad 2000 stron tekstu. Szybko rozwijające się metaloznawstwo zyskało też ramy organizacyjne. Jan Czochralski wraz z paroma kolegami założył w 1919 r. Niemieckie Towarzystwo Metaloznawcze (Deutsche Gesellschaft für Metallkunde) i został jego przewodniczącym na zjeździe we Wrocławiu w 1925 roku. Nie krył się z tym, że jest Polakiem, a jednak Niemcy wybrali go szefem swojego Towarzystwa. Z uznaniem podkreślano, że oprowadzając prezydenta Niemiec Hindenburga po słynnej wystawie technicznej w Berlinie w 1924 roku, zwracał się do niego przez tłumacza, po polsku. Czochralski jest też członkiem honorowym Międzynarodowego Związku Badań Materiałoznawczych w Londynie. Jest konsultantem największych światowych koncernów – francuskiej Schneider-Creusot, czeskiej Skody, szwedzkiego Boforsa i angielskiego Instytutu Metali.

W 1925 roku Henry Ford zaproponował mu pracę w laboratorium swojej firmy w Detroit, ale Czochralski nie skorzystał z tej atrakcyjnej propozycji.

W tym samym roku pojawiła się propozycja powrotu do Polski i objęcia katedry na Politechnice Warszawskiej. Do Odrodzonej Polski powrócił w 1928 roku na osobiste zaproszenie prezydenta RP Ignacego Mościckiego, rezygnując z wszystkich funkcji pełnionych w Niemczech.

Specjalnie dla Jana Czochralskiego utworzono Katedrę Metalurgii i Metaloznawstwa na Wydziale Chemii Politechniki Warszawskiej. Szef katedry powinien być profesorem, a Czochralski nie miał nawet doktoratu. Aby formalnościom stało się zadość, w 1929 roku nadano mu tytuł doktora honoris causa Politechniki Warszawskiej. Zaraz potem prezydent Mościcki mógł mianować go profesorem. Kierowana przez niego Katedra i budowany Instytut Metalurgii i Metaloznawstwa pracują praktycznie wyłącznie na zlecenia Ministerstwa Spraw Wojskowych...

Profesor prowadzi bogate życie towarzyskie. Spotyka się z artystami, funduje stypendia dla młodych twórców. Sam pisze wiersze, kolekcjonuje dzieła sztuki. Zawsze elegancki, w jasnych garniturach, nie wychodzi na ulicę bez muszki i laseczki pod pachą.

Takiego właśnie pana, wchodzącego do okazałej willi, zobaczył major Szaliński, wjeżdżając w ulicę Nabielaka.


***


Następnego dnia, około południa, podporucznik Śliwiak, jeden z oficerów informacyjnych na Politechnice Warszawskiej, przywiózł do gmachu Oddziału II Sztabu Głównego dokumentację przygotowaną przez pracowników profesora Czochralskiego. Porucznik Jacek Konarski, ubrany już po cywilnemu, z walizeczką przygotowaną do podróży, czekał na Śliwiaka. Przywitał go serdecznie, pokwitował odbiór dokumentacji, i równie serdecznie pożegnał, przepraszając za pośpiech. Potem zadzwonił do sierżanta Adamiaka, który miał go ochraniać w podróży do Lublina i polecił mu zarezerwować w kasie wojskowej na Dworcu Wschodnim dwa bilety pierwszej klasy.

– Aha, i zamów dwa pokoje w hotelu Europa. Dla mnie na trzy doby, dla ciebie na jedną noc. Jutro rano wracasz do Warszawy. Masz pociąg z Lublina o dziewiątej trzydzieści pięć. Samochód dla nas zamów na czternastą piętnaście – dodał.

Duża koperta dostarczona przez Śliwiaka zawierała sześć cienkich teczek papierowych i kartkę z informacją dla Konarskiego. Na teczkach widniały numery sprawy, pieczęć „Ściśle tajne” i nazwiska inżynierów z firmy Plage i Laśkiewicz. Teczki zawierały fotokopie pozornie identycznego dokumentu. Pracownicy profesora Czochralskiego musieli się natrudzić i sporządzić sześć „oryginałów”, a następnie zrobić z nich sześć fotokopii.

Różnica między nimi występowała na drugim miejscu po przecinku w procentowej zawartości dwóch z siedmiu składników opisywanego stopu. Oczywiście, we wszystkich wersjach, zsumowane udziały procentowe dawały wynik 100,00%. Było bardzo mało prawdopodobne, żeby dwóch technologów jednocześnie odważało potrzebne składniki i mogło porównać zawartość swoich teczek. Nawet gdyby do tego doszło, ta drobna różnica nie rzucała się w oczy. Bardziej istotny był opis wykonania stopu, temperatury pieca, szybkości chłodzenia, itp.

Oczywiście prościej byłoby zrobić jakieś tajne znaki lub różne błędy ortograficzne w tekście. Kłopot polegał na tym, że agent S2 nie używał aparatu fotograficznego – skądinąd bardzo słusznie. Miał przecież w swoim pokoju własną szafę pancerną z dokumentacją i mógł spokojnie przepisywać zawartość dokumentacji na kartki papieru, które potem, jako meldunek, docierały do Berlina. W razie rewizji na fabrycznej bramie, łatwo mógł się tłumaczyć roztargnieniem, że zabrał przez pomyłkę kilka karteczek z notatkami. Aparat fotograficzny byłby trudny do ukrycia i stanowiłby jednoznaczny dowód szpiegostwa.

Porucznik Konarski starannie porównał zawartość teczek z treścią kartki z informacjami przeznaczonymi dla niego. Następnie dopisał na kartce słowo „Sprawdzono”, dodał datę i podpis. Potem zalakował i opieczętował kopertę. Następnie schował ją do szafy pancernej. Do osobnej teczki w szafie dodał kartkę informacyjną.

Zegar ścienny wskazywał godzinę trzynastą. Konarski zszedł do kantyny i zjadł obfity obiad. W bufecie poprosił o zapakowanie mu dwóch kanapek na drogę. Po powrocie do gabinetu wyjął z szafy pancernej kopertę z dokumentacją i pistolet w kaburze z szelkami. Umocował kaburę z bronią pod marynarką, a kopertę włożył do skórzanej teczki. Teczkę schował do walizeczki podróżnej wraz z kanapkami.

Punktualnie o czternastej piętnaście wyszedł przed sztabowy budynek. Sierżant Adamiak i znajomy kierowca czekali już na niego.

Jazda na Dworzec Wschodni zajęła niecałe pół godziny. Pociąg do Lublina odjeżdżał o piętnastej piętnaście. Po odebraniu biletów z kasy wojskowej kupili dwie butelki lemoniady w bufecie i wyszli na peron.

Dworzec Wschodni, dawniej Terespolski, potem Brzeski, zbudowano w 1866 roku. Pierwotnie był stacją końcową strategicznej linii Warszawa – Terespol. Obecnie obsługuje także inne połączenia, między innymi dawną Nadwiślańską Drogę Żelazną, której warszawskim przystankiem był zburzony w 1915 roku Dworzec Kowelski. Zbudowana w zaledwie trzy lata szerokotorowa Nadwiślańska Droga Żelazna miała strategiczne znaczenie dla carskiego imperium. Łączyła Kowel, Chełm, Lublin, Warszawę z Mławą i liczyła 475 kilometrów. Pozwalała na szybki transport wojsk, amunicji i sprzętu, między leżącymi na jej trasie twierdzami w przygranicznej Mławie, w Modlinie i Dęblinie, z twierdzami na Wołyniu: Łuckiem, Równem i Dubnem. Oddana do użytku w 1877 roku linia kolejowa została przez Rosjan przerobiona na normalne tory w roku 1915. Tym razem robili to jako jeńcy wojenni, po zajęciu tych terenów przez wojska austriackie i niemieckie...

Pociąg do Lublina stał już na peronie. Nowiutki parowóz Ty23 z tabliczką FABLOK syczał cicho, rozgrzewając się przed podróżą. Tę dumę polskich kolei zaprojektował inżynier Wacław Łopuszyński. Pierwsze lokomotywy w odrodzonej Polsce, właśnie Ty23, wyprodukowano w 1926 roku w poznańskich Zakładach Mechanicznych Hipolita Cegielskiego. Rok później uruchomiono ich produkcję w Warszawskiej Spółce Akcyjnej Budowy Parowozów i w FABLOK-u w Chrzanowie. Do tej pory wytworzono ich prawie czterysta.

Porucznik z sierżantem weszli do drugiego wagonu w składzie i zajęli swoje miejsca w przedziale pierwszej klasy. Punktualnie o piętnastej piętnaście pociąg ruszył dawną trasą Nadwiślańskiej Drogi Żelaznej.

Porucznik i sierżant byli sami w przedziale. Początkowo drzemali zmęczeni trochę majowym upałem, spoglądając od czasu do czasu na walizkę leżącą na półce. Ożywili się dopiero w okolicach Dęblina, gdy usłyszeli warkot lecących nisko samolotów. Obaj byli weteranami wojny polsko-sowieckiej i ten dźwięk przyprawił ich o szybsze bicie serc. Wyjrzeli przez okno i zobaczyli trójkę samolotów z biało-czerwonymi szachownicami na kadłubach i skrzydłach.

– To nasze orlęta wyleciały z gniazdka – stwierdził sierżant.

Gdy kończył mówić, kolejna trójka przeleciała nad pociągiem.

Od trzech lat działała w Dęblinie Wyższa Oficerska Szkoła Sił Powietrznych, przeniesiona tu z Grudziądza do nowoczesnych zabudowań. W widłach Wieprza i Wisły jest mikroklimat z dużą ilością dni bezchmurnych w roku, co ma wielkie znaczenie przy szkoleniu pilotów.

Po kilku minutach pociąg wjechał na nowy, oddany do użytku pół roku temu, dwutorowy most kolejowy w Zajezierzu. Wisła była jeszcze bardzo szeroka po wiosennych roztopach i deszczach. Po przejechaniu mostu podróżni sięgnęli po kanapki i lemoniadę.

Po godzinie pociąg zatrzymał się na stacji Nałęczów. Konarski patrzył ze wzruszeniem na budynek stacji i otaczającą go zieleń. Dwa lata temu spędził tu kilka dni i nocy z Anną. To było też wiosną.

Spacerowali po cudownym Parku Zdrojowym, pili wody mineralne w palmiarni, a potem objadali się słodkościami w kawiarence w Pałacu Małachowskich. Spacerowali lessowymi wąwozami śladami Sienkiewicza, Przybyszewskiego, Nałkowskiej, Prusa i Żeromskiego, którzy przyjeżdżali tu leczyć serce i nerwy. Konarski wykorzystywał wtedy kilkudniowy urlop, który dostał po zakończeniu niebezpiecznej i długotrwałej akcji, na regenerację nerwów. Ta akcja zresztą była dla Anny ostatecznym dowodem, że nie można sobie ułożyć spokojnego życia z pracownikiem kontrwywiadu. Nałęczów stał się miejscem ich pożegnania i końcem kilkumiesięcznego, płomiennego romansu. Nie mógł jej zapomnieć. Oprócz kilku przelotnych miłostek jego serce nie poczuło od tej pory mocniejszego bicia.

Pół godziny później, punktualnie o dwudziestej dwadzieścia sześć, pociąg wjechał na peron przy okazałym budynku dworcowym w Lublinie, powstałym w 1877 roku, a kilka lat temu pięknie wyremontowanym. Porucznik i sierżant wyszli na plac dworcowy. Pogoda była piękna jak w Warszawie. Po przeciwnej stronie placu stał duży, czarny samochód osobowy, a przy nim dwaj mężczyźni w ciemnych garniturach. Jednego z nich Konarski rozpoznał i pomachał mu ręką. Podporucznik Miciński, oficer informacyjny w zakładach lotniczych Plage i Laśkiewicz, odwzajemnił powitalny gest, a drugą ręką wskazał zapraszająco na samochód.

– Czołem, witamy stolicę – powiedział chwilę potem, ściskając dłoń Konarskiego – to nasz wywiadowca Tomek Cielecki, a pana sierżanta już znam – dokończył powitalne prezentacje.

– Stolica blednie przy prowincji. Skąd wytrzasnęliście takie cudo? Dobrze wam się tu powodzi w Lublinie. Czy to nie przypadkiem CWS T-1? – spytał Konarski.

– Zgadłeś, Jacku. Specjalnie na cześć dostojnych gości ze stolicy pożyczyliśmy go od Dowództwa Korpusu. Sam generał Dobrodzicki używa go czasem... Wsiadajcie panowie. Trzeba popierać krajową produkcję, mimo że trochę droższa od zagranicznej. Pojedziemy chyba najpierw do mnie, a potem Tomek odwiezie was do hotelu. Gdzie stanęliście?

– W Europie – odpowiedział Konarski.

Ruszyli z placu dworcowego i wjechali w ulicę 1-go Maja.

– Ale wielka i piękna maszyna – zachwycał się samochodem sierżant Adamiak.

– Ma 483 centymetrów długości, 170 szerokości i 195 wysokości – Miciński najwyraźniej był wielbicielem automobili, bo kontynuował z przejęciem – Produkują go od trzech lat Centralne Warsztaty Samochodowe w Warszawie. Projektowali go inżynierowie Tadeusz Tański i Władysław Mrajski. To niepowtarzalne arcydzieło inżynierii samochodowej. Samochód i silnik można rozebrać i złożyć przy użyciu jednego klucza, dziesiątki. Tylko świece zapłonowe wykręca się osiemnastką. Zarówno rozrząd jak i skrzynia biegów wykonane są z zestawu takich samych kół zębatych. Takie same zębatki zastępują pasek klinowy. Skrzynię biegów zabezpiecza się zamkiem Yale przed kradzieżą samochodu. Karoseria tej wersji, typu kareta, jest drewniano-stalowa, przeznaczona dla siedmiu osób. Auto osiąga moc 60 koni mechanicznych przy pojemności silnika R4 około 3 litrów...

Samochód minął już plac Bychawski. Na skrzyżowaniu agent Tomek skręcił w prawo, w ulicę Fabryczną.

– A ile pali? – podtrzymał rozmowę Adamiak.

– Osiemnaście na sto – odpowiedział Cielecki.

– A ile wyciąga?

– Setkę bez problemu. Poza tym jest wyjątkowo niezawodny i prosty w obsłudze...

Przejechali przez tory kolejowe i znaleźli się pod bramą zakładów Plage i Laśkiewicz. Miciński skinął głową znajomemu strażnikowi podnoszącemu szlaban. Po kilkudziesięciu metrach zatrzymali się przed piętrowym budynkiem. Miciński wysiadł i przytrzymał drzwiczki Konarskiemu wysiadającemu z walizeczką.

– Za dziesięć minut porucznik będzie z powrotem. Do zobaczenia – rzucił zostającym w aucie.

Konarski wrócił faktycznie po dziesięciu minutach z lżejszą walizeczką i odprężony po wykonaniu nudnego, rutynowego zadania.

– No to do Europy, na kielicha przed snem. Zapraszam, panie Tomku!

– Dziękuję, nie mogę, muszę odstawić to cudo do garażu.

– Trudno, co się odwlecze...

Dojechali Fabryczną do Zamojskiej, a potem Królewską do Krakowskiego Przedmieścia. Minęli Bramę Krakowską pięknie wyglądającą w promieniach zachodzącego słońca. Cielecki zatrzymał się przed Placem Litewskim, koło wejścia do hotelu Europa. Porucznik z sierżantem pożegnali się z nim i zniknęli za obrotowymi drzwiami.


***


Konarski obudził się o dziewiątej rano. Zamówił przez telefon śniadanie do numeru, otworzył na oścież okno i zaczął poranną toaletę. Adamiak już pewnie w drodze na dworzec – pomyślał – ma pociąg o dziewiątej trzydzieści pięć.

Poprzedniego wieczoru wypili w restauracji hotelowej kilka kieliszków wódki pod słynne, nie tylko w Lublinie, flaczki. Miękkie, dosłownie rozpływające się w ustach, z kilkoma pulpecikami mięsnymi, posypane na wierzchu topiącym się tartym parmezanem, miały niezrównany smak. Nie dziwota, że po takiej kolacji spał do dziewiątej. Nie śpieszył się właściwie nigdzie. Miał zamiar zameldować się tylko grzecznościowo kapitanowi Łaskiemu – szefowi Samodzielnego Referatu Informacyjnego Dowództwa Okręgu Korpusu II w Lublinie. Dopiero jutro będzie musiał uczestniczyć w odprawie, na której, z polecenia majora Szalińskiego, przedstawi zarys planów Wydziału IIb odnośnie zmian organizacyjnych w terenowych ekspozyturach.

Kelner ze śniadaniem pojawił się, gdy kończył golenie. Po posiłku i dwóch filiżankach mocnej kawy postanowił zadzwonić do ciotki Ireny. Jej mąż, Wincenty Krzepicki był profesorem języka polskiego w Państwowym Gimnazjum Żeńskim im. Unii Lubelskiej. Ciotka prowadziła dom, a głównym źródłem dochodu była opłata dzierżawna z rodzinnego majątku ziemskiego Krzepickich pod Biłgorajem. Starczało to wujostwu na dostatnie życie. Ciotka prowadziła otwarty dom, we wtorki i piątki organizowała brydżo-kolacje, jak sama to określała. Wujek po cichu pisał wiersze do szuflady i pasjonował się brydżem. Bywała u nich elita lubelskiej inteligencji z rodowodami ziemiańskimi i mieszczańskimi. Pamiętał numer telefonu ciotki, więc podniósł słuchawkę i poprosił o połączenie z miastem.

– Mieszkanie państwa Krzepickich, słucham – gosposia wujostwa, Aniela, zawiesiła głos.

– Konarski przy aparacie. Czy mogę mówić z ciocią?

– Oczywiście, już proszę panie poruczniku...

– Witaj, Jacusiu! Czyżbyś był w Lublinie?

– Tak, ciociu, wpadłem służbowo na dwa, trzy dni.

– To świetnie! Musisz odwiedzić starą ciotkę. Co to dzisiaj mamy? Aha, wtorek. No to o siedemnastej na brydżyku u nas. Przyznaj się, że dawno nie grałeś...

Konarski nie chciał się przyznać, że ostatnio coraz więcej wieczorów spędza na suto zakrapianych kawalerskich brydżykach i pokerkach.

– Tak ciociu, będzie mi miło. Przy okazji podszkolę się trochę u mistrza wujka.

– Poczekaj, poczekaj, a gdzie ty dzisiaj jesz obiad?

– No...

– Nic nie mów! Meldujesz się u mnie o szesnastej na obiedzie. Nie będziesz jadł po knajpach, póki ciotka żyje.

– Rozkaz! Przybędę akuratnie!

Założył świeżą koszulę, krawat i uczesał się starannie. Przeczyścił hotelową szczotką swój granatowy garnitur z dobrej bielskiej wełny i przejrzał się w lustrze. Wyjął z szafy lekki, jasny, wiosenny płaszcz, który przezornie wziął z Warszawy. Przewiesił go przez lewe ramię. Potem ukrył pistolet w kaburze w fałdach płaszcza i zszedł do recepcji. Zostawił tam pistolet w sejfie hotelowym.

Za obrotowymi drzwiami hotelu odetchnął świeżym, rześkim, majowym powietrzem. Ogarnął wzrokiem dobrze mu znany, z częstych pobytów w Lublinie, widok. Po lewej bielał osiemnastowieczny kościół i klasztor Kapucynów. Dalej, za małym placykiem, widać było gmach Poczty Głównej. Pięćdziesiąt metrów przed Konarskim, w zieleni Placu Litewskiego, stał pomnik Unii Lubelskiej. Ponad sto lat temu Stanisław Staszic uzyskał od władz carskich zgodę na postawienie tu żelaznego obelisku. Za pomnikiem widać było, na prawo od ogromnej czarnej topoli, pusty plac – miejsce po rozebranej pięć lat temu cerkwi. W przeciwnym narożniku Placu Litewskiego stał Pałac Gubernialny. Obok niego Pałac Lubomirskich, zwany też Poradziwiłłowskim. W kolejnym narożniku stał, nieco cofnięty, dawny Pałac Czartoryskich. Biura Sztabu Dowództwa Okręgu II Korpusu Wojska Polskiego mieściły się w Pałacu Gubernialnym. Tam też skierował swoje kroki porucznik Jacek Konarski, idąc wzdłuż budynku hotelu Europa, a potem skręcając w lewo.

W sztabie spędził ponad dwie godziny. Samodzielny Referat Informacyjny miał pięć etatów oficerskich, jeden podoficerski i kilka cywilnych. Dzielił się na trzy referaty o różnych zadaniach.

Referat wywiadowczy zajmował się aferami szpiegowskimi i rozpracowywaniem działalności komunistycznej w wojsku.

Referat ogólny zajmował się ochroną tajemnicy wojskowej w obiektach wojskowych, zakładach przemysłu ściśle wojennego, ochroną prac fortyfikacyjnych oraz współpracował na odcinku ochrony ogólnego przemysłu wojennego z władzami administracyjnymi.

Referat narodowościowy opracowywał analizy polityczno-narodowościowe i prowadził inwigilację elementów wywrotowych wśród mniejszości narodowych, będących w wojsku, lub mających styczność z wojskiem.

Pracę informacyjno-rozpoznawczą i przeciwdziałanie szpiegostwu Samodzielne Referaty Informacyjne prowadziły przy pomocy oficerów informacyjnych w garnizonach i oddziałach, brygad agentów-obserwatorów, tajnych współpracowników w poszczególnych aferach, przy konfidencjonalnej współpracy niektórych urzędników i doraźnej współpracy organów policji państwowej.

Konarski rozmawiał z kapitanem Łaskim, szefem Samodzielnego Referatu Informacyjnego oraz z kierownikami referatów wywiadowczego i ogólnego. Zgodnie z poleceniem swojego szefa, powiadomił ich o aferze szpiegowskiej w zakładach Plage i Laśkiewicz oraz prosił o szczególną czujność i wszelką pomoc dla podporucznika Micińskiego. Tak jak polecił szef, nie wspomniał o prowokacji z dokumentacją techniczną. Aby nadać ważności sprawie, opowiedział o związkach profesora Czochralskiego z prezydentem Mościckim.

Po spotkaniu, szef referatu ogólnego zaprosił Konarskiego do kantyny na herbatę i kanapki.

W dobrym nastroju i z pełnym żołądkiem opuścił porucznik budynek sztabu około południa. Postanowił pospacerować trochę po mieście, kupić ciotce jakieś kwiaty, a wujkowi książkę. Potem miał zamiar wrócić do hotelu, odpocząć i odświeżyć się przed wizytą o szesnastej. Wszedł w ulicę Zieloną i spacerował powoli, oglądając wystawy sklepowe. Zatrzymał się przy masarni i przeczytał przymocowane do szyby ogłoszenie.


Komunikat


Ceny maksymalne na wyroby luksusowe i pół-luksusowe, ustalone przez Cech Wędliniarzy w Lublinie, wynoszą od dnia15 kwietnia 1930r. jak następuje:

Szynka gotowana za 1 kg, 6zł.

Schab pieczony za 1kg, 6zł.

Baleron za 1kg, 6zł.

Kiełbasa krakowska za 1kg, 4,60zł.

Kiełbasa polędwicowa za 1kg, 4zł.

Parówki za 1kg, 4,40zł.

Serdelki za 1kg, 4,20zł.

Rozmaitości za 1kg 4,40zł.


A jednak na prowincji jest taniej – pomyślał – swoją drogą ciekawe jak smakują Rozmaitości. Nie zamierzał tego, na razie, sprawdzać.

Doszedł do ulicy Świętoduskiej i skręcił w lewo. Po przeciwnej stronie ulicy, na chrześcijańskim placu targowym zauważył kwiaciarki. Wszedł między stragany i dostrzegł młodą handlarkę z wanienką pełną wiązanek konwalii. Poprosił ją o związanie pięciu małych w jedną dużą wiązankę z otaczającymi ją liśćmi konwalii, przybranie wstążką i kryzą z tiulu leżącego na straganie. Wyszła z tego całkiem elegancka, zabójczo pachnąca wiązanka. Kwiaciarka zawinęła ją w papier.

Porucznik poszedł dalej w dół, skręcającą w prawo, ulicą Świętoduską. Doszedł do skrzyżowania, na którym ulica Nowa przechodziła w ulicę Lubartowską. Skręcił w Nową i szedł jej lewą stroną, pod górę, w kierunku Bramy Krakowskiej. Znalazł się w ten sposób na krawędzi dzielnicy żydowskiej. Mijał małe sklepiki żydowskie pełne kupujących. Przed Bramą przeszedł na drugą stronę ulicy i przechodząc obok Ratusza wszedł w Krakowskie Przedmieście. Na rogu ulicy Staszica wstąpił na kawę i ciastko do cukierni Semadeniego. Przejrzał tam pobieżnie Głos Lublina i Ziemię Lubelską. Po wyjściu z lokalu przeszedł na drugą stronę ulicy Staszica. W budynku hotelu Europa mieściła się księgarnia Cederbauma. Konarski wszedł do środka i poprosił sprzedawcę o pomoc w wybraniu prezentu dla wuja. Gdy ten dowiedział się o jego profesji i zainteresowaniach, zaproponował tomik poezji Kamień Józefa Czechowicza.

– To bardzo zdolny, młody lubelski poeta – zachwalał sprzedawca – pański wuj raczej nie ma tomiku. Pierwszy nakład rozszedł się błyskawicznie, a dodruk dostałem wczoraj.

Konarski otworzył książkę i trafił na stronę z wierszem Front. Przeczytał go uważnie.


FRONT



Ludzie w białych domach mówią to pole chwały

w niedziele chodzą do kościoła i na białe procesje

ulicami czystymi w słońcu przebiega pies biały

w białym kwitnącym parku Zakochana czyta

poezje



Ale tutaj nie ma wcale białości

w szarej ziemi rowy pełne brudnych żołnierzy

dym siny i różowy przechodzi do nas przez rzekę

nie białe żółte są kości

armatniego ataku ognisty prąd

na niebie nieustannie leży

to front

to zstąpienie do piekieł



Odcinek 212 i wzgórze 105

we dnie szturmy i strzały

a w nocy przez dym przedzierają się reflektory

po drutach kolczastych biegają błyski żywe jak rtęć

wszystko ma wtedy inne kolory



Gdy cicho zbłąkana kula wśliźnie się w białe czoło

znienacka zrobi się biało (nawet na froncie)

biała niedziela biały park piesek biały

zatańczą wkoło



Pole chwały



– Czuje się, że autor był na froncie – powiedział poruszony Konarski.

– Tak, jako ochotnik – odpowiedział poważnie sprzedawca.

– Proszę ją ładnie zapakować. I dziękuję za poradę.

Po wyjściu z księgarni miał już tylko kilkadziesiąt metrów do drzwi hotelu Europa.


***


Po dłuższym wypoczynku, zrelaksowany Konarski wyszedł z hotelu za pięć czwarta. Do mieszkania ciotki na ulicy Kościuszki miał raptem kilkaset metrów. Przeszedł na drugą stronę Krakowskiego Przedmieścia na wysokości kościoła Kapucynów i przed budynkiem poczty skręcił w lewo. Krzepiccy mieszkali na drugim piętrze kamienicy stojącej przed skrzyżowaniem z ulicą Szpitalną. Wszedł w bramę i skręcił w klatkę schodową po prawej stronie. Pachniało czystością, a drewniane schody były wyszorowane do białości. Na pierwszym piętrze przystanął, zdjął papier z wiązanki konwalii i schował go do kieszeni płaszcza. Pod drzwiami wujostwa nacisnął przycisk dzwonka i wytarł starannie obuwie na wielkiej wycieraczce. Posłyszał szybki tupot nóg w przedpokoju i zgrzyt klucza w zamku. Drzwi otworzyły się i zaskoczony zobaczył dwoje czarnych, figlarnych, dziewczęcych oczu wpatrujących się w niego badawczo spod czarnej grzywki. Oględziny przybysza wypadły chyba pomyślnie, bo panienka odsunęła się na bok, trzymając drzwi za klamkę.

– Pan porucznik Konarski, o ile się nie mylę? – powiedziała dziewczyna i zamknęła drzwi za gościem. – Jestem Ewa Złotowska, mieszkam na stancji u państwa Krzepickich – przedstawiła się, wyciągając śmiało rękę i dygając lekko, gdy porucznik uścisnął jej dłoń. Ten ledwo zdążył zauważyć jej zgrabną figurkę w kwiecistej, wiosennej sukience do kolan i łabędzią, dziewczęcą szyję odsłoniętą dzięki fryzurze á la Josephine Baker. Dalsze oględziny przerwała ciotka, ukazując swoją pulchną osóbkę w drzwiach do salonu.

– Witaj, Jacku. Jesteś coraz przystojniejszy. Marnujesz się w kawalerskim stanie. O jakie piękne konwalie! Jak pachną! – zachwyciła się ciotka Irena.

– A ciocia coraz młodsza i piękniejsza – zrewanżował się Konarski, całując jej policzki.

– Ach, gdybyś mnie widział, gdy byłam w wieku tej smarkuli. Ewa do nauki! – zakomenderowała ciotka. Na pannie Ewie nie zrobiło to żadnego wrażenia i stała dalej, oparta o ścianę, przyglądając się się porucznikowi zdejmującemu płaszcz.

– A gdzie pański mundur i szabelka? – spytała drwiąco.

– Zostawiłem w sejfie hotelowym razem z pistoletem i medalami – odparł z poważną miną Konarski.

Panna Złotowska zrobiła obrażoną minkę i zniknęła w jednym z pokoi.

– Pięknie usadziłeś tę pannicę. Ale to dobra dziewczyna, chociaż straszny trzpiot. Jest córką naszego dzierżawcy z Biłgoraja, uczy się w gimnazjum u Wincentego. A oto i on.

– Witam dzielnego wojaka! – powiedział wuj.

Był wysokim, szczupłym, siwym mężczyzną. Podali sobie dłonie.

– A, byłbym zapomniał! Mam dla wujka mały upominek.

Wyjął książeczkę z kieszeni płaszcza i podał ją Krzepickiemu.

– Dziękuję pięknie. Ale przejdźmy do salonu – powiedział obdarowany i zaczął rozpakowywać paczuszkę.

Weszli do salonu, gdzie jeden z dwóch stołów był nakryty do obiadu. Panowie usiedli na kanapie pod oknem, a gospodyni wyszła do kuchni.

– Czechowicz! Słyszałem to nazwisko. Chętnie go poczytam. Chociaż przyznam ci się szczerze, że nie gustuję w nowoczesnej poezji. Chyba jestem już za stary... Czy to nie on przypadkiem dostał w tym roku stypendium do Francji z Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego?

– Nie orientuję się wujku – odparł Konarski, domyślając się, że wuj wie o Czechowiczu więcej niż zechciał powiedzieć. Czyżby zazdrość o kolegę po piórze?

– Siadajcie proszę do stołu – wydała komendę ciotka Irena i zapukała do pokoju sublokatorki. – Aniela zaraz poda rosół.

Panna Ewa wyszła ze swego pokoju troszkę odmieniona. Niesforną grzywkę spięła elegancką spinką, zaróżowiła policzki i uszminkowała delikatnie usta. Założyła też czarne pantofelki na średnim obcasie. Nie uszło uwagi Konarskiego porozumiewawcze spojrzenie, jakie wymienili wujostwo, gdy zobaczyli wystrojoną pannę Ewę.

Zajęli miejsca przy stole, a w chwilę potem Aniela wniosła wazę z rosołem. Ciotka Irena zaczęła nalewać do talerzy i gawędzić.

– Co dostałeś Wincenty od Jacusia? Książeczkę z wierszami Czechowicza? Świetny upominek dla ciebie. Ja już chyba w ogóle przestanę czytać. Wyobraźcie sobie, na starość, moja podświadomość wszystko trawi bardzo długo. Mam jakieś idiotyczne sny. Naleję ci Ewciu jeszcze jedną chochelkę, jesteś taka chuda. O czym to mówiłam? Aha! Kupiłam w prezencie temu Władziowi spod siódemki, co to w niedzielę kończy dziesięć lat, książeczkę naszego kochanego Kornela Makuszyńskiego. O dwóch takich, co ukradli księżyc, czy coś takiego. Chyba trochę niesłony ten rosołek. Posól trochę, Jacku. Tak sobie wczoraj po obiedzie poczytałam, to taka bajeczka o niegrzecznych bliźniakach. Wyobraźcie sobie, że dzisiaj śnili mi się bliźniacy! I to jacy! Jeden z nich został prezydentem, a drugi premierem Najjaśniejszej Rzeczypospolitej. Wynikły z tego ogromne kłopoty, bo nikt nie mógł ich odróżnić od siebie. Były jeszcze inne problemy, ale już nie pamiętam.

– To faktycznie dziwny sen. Dobrze, że to tylko nocny koszmar. To się chyba nigdy w historii nie zdarzyło – odezwał się wuj Wincenty.

– Wydaje mi się, że od czasu powstania demokracji parlamentarnej to się nie wydarzyło. Ciekawe, czy taki układ może funkcjonować prawidłowo. Ale pani Ewa powinna to najlepiej wiedzieć, jest na bieżąco z nauką... – powiedział Konarski.

– Na razie tego nie przerabialiśmy – odparła rezolutnie. – Wydaje mi się to jednak mało prawdopodobne.

– To jest tak samo prawdopodobne jak to, że Polak zostanie papieżem – podsumowała ciotka.

Wszyscy skończyli zupę i Aniela zabrała talerze.

– Co będzie na drugie danie? – spytała panna Ewa.

– Coś taka niecierpliwa, poczekaj, zobaczysz...

– Oj ciociu! – prosiła dalej panna Ewa. Najwyraźniej miała tu status członka rodziny.

– No dobrze. Będą twoje ulubione zrazy zawijane ze słoninką, ogóreczkiem kiszonym i cebulką – twarz Ewy rozpromieniła się – do tego kasza gryczana – twarz Ewy mówiła „trudno” – a do tego kapustka kiszona – buzia panny nabrała skwaszonego wyrazu.

– Wracając do poezji. Bardzo się cieszę z tego Czechowicza, bo już mi się wydawało, że nie ma polskich poetów, tylko polskojęzyczni. Zwróćcie państwo uwagę. W Warszawie Tuwim, Słonimski i Brzechwa, a właściwie Lesman, w Zamościu jego stryjeczny brat Leśmian, sami Żydzi – uśmiechnął się wuj.

– Nie przesadzaj Wincenty, są i polscy wspaniali poeci. A Żydzi stanowią przecież ponad dziesięć procent obywateli. A w Lublinie to nawet ponad trzydzieści procent – odparła ciotka.

– A w zeszłym wieku stanowili ponad połowę mieszkańców Lublina – dodała panna Ewa.

– To fakt, że są lepiej wykształceni od Polaków. Nauka w chederach (cheder – szkoła żydowska o charakterze religijnym) od piątego do trzynastego roku życia daje w kość dzieciakom. Tylko kilka procent Żydów utrzymuje się z rolnictwa. Ciężka praca na roli nie sprzyja rozwojowi intelektu. Subiekt w sklepiku żydowskim, w mieście, ma większe szanse zetknąć się z książką, gazetą, czy filmem, niż jego rówieśnik Polak, pracujący jako parobek u chłopa na wsi. Bardzo mało Żydów pracuje też w fabrykach. Religia nie pozwala im przecież pracować w soboty. Dlatego wybierają handel i rzemiosło, naukę, wolne zawody lub karierę artystyczną. Wydaje mi się, że właśnie to stwarza nadreprezentację Żydów w nauce i sztuce. Decyduje wykształcenie i kontakt z kulturą, a nie rzekome nadprzyrodzone zdolności, które są zresztą przedmiotem zawiści polskich ciemniaków. Ot i sam sobie udzieliłem odpowiedzi – zakończył zadowolony z siebie Krzepicki.

– No, nie wymądrzaj się, Wincenty. Zabierajmy się za zrazy, bo wystygną – zmitygowała go ciotka Irena.

Zrazy i kasza były tak pyszne, że jedli żwawo milczkiem. Konarski skończył pierwszy, położył sztućce na talerzu i uśmiechnął się pod nosem.

– Przyszła mi do głowy jeszcze jedna przyczyna tłumacząca sukcesy żydowskich poetów piszących po polsku. Otóż język polski jest dla Polaka czymś zupełnie naturalnym od niemowlęctwa. Dla Żyda jest to drugi język, właściwie obcy, który musi analizować, uczyć się go, przyswajać zwroty. Powoduje to z jednej strony trudności, a z drugiej strony daje większe zrozumienie często nielogicznej składni czy gramatyki. Aby uzasadnić tę tezę, przytoczę pewną anegdotę. Zdarzyło mi się niedawno być w warszawskim kabarecie, gdzie konferansjerkę prowadził Fryderyk Jarosy. Powszechnie wiadomo, że zaraz po przyjeździe do Polski nie mówił zbyt dobrze po polsku, a dokładnie mówiąc nie mówił prawie wcale. W nauce języka pomagał mu nawet sam Antoni Słonimski. W tymże kabarecie Jarosy skarżył się widzom jak trudny i dziwny jest język polski. Mówił mniej więcej tak: „Drodzy państwo! Weźmy dla przykładu taki czasownik jeść i odmieńmy go przez osoby. Proszę bardzo. Liczba pojedyncza. Ja jem – w porządku. Druga osoba. Tyjesz – już coś dziwnego. Pal licho trzecią osobę, przejdźmy do liczby mnogiej. Myjemy... Wyjecie... Trzecia osoba liczby mnogiej – oni ją... Jacy oni?! Jaką ją?!!”

Wszyscy wybuchnęli śmiechem i chichotali prawie minutę. Wujowi Wincentemu pojawiły się łzy w oczach.

– Dobre, dawno się tak nie uśmiałem – wykrztusił w końcu.

– Będziesz musiał to powtórzyć, Jacku, w piątek, gdy będzie większe towarzystwo. We wtorki ledwo udaje nam się skompletować jeden stolik, a w piątki to czasem są nawet trzy – powiedziała pani Irena.

– Niestety ciociu. W piątek będę już w Warszawie. Czy dzisiaj zagra z nami pani Ewa?

– Jeszcze się uczę brydża – odparła panienka.

– Ty lepiej zajmij się matematyką – zgasiła ją ciotka. – Zdaje się, że u ciebie z tym nie najlepiej. Naszym czwartym będzie dzisiaj inżynier Zasada z zakładów Plage i Laśkiewicz. Tylko on ma czas. Dotrwał do czterdziestki w starokawalerstwie i trochę mu się nudzi. Jest inżynierem chemikiem, jak ty Jacku, tylko kończył politechnikę petersburską, a nie warszawską, jak ty. Jego losy są skomplikowane. Najważniejsze, że po rewolucji udało mu się dostać do Polski. Walczył też z bolszewikami w dwudziestym roku. Potem dostał pracę w fabryce kotłów, która jak wiesz, produkuje teraz samoloty.

Ciotka przytaczała mu fakty, które dobrze znał z lektury odpowiednich dokumentów. Życie szóstki inżynierów z zakładów samolotowych było powtórnie analizowane. Zbierano dyskretnie, w ostatnich dniach, dodatkowe informacje. Konarski bardzo się ucieszył, że pozna Zasadę. Postanowił jednak natychmiast, że nie będzie się próbował do niego zbliżyć, aby uzyskać jakieś informacje. Jeśli to on jest agentem S2, mógłby się spłoszyć i uciec. Wywiad berliński, jak to w naszej branży, dobrze wie kim jestem i gdzie pracuję – myślał.

– No, pora na kawę i szarlotkę – zarządziła ciotka Irena. – Ty Wincenty możesz wyjątkowo dzisiaj zapalić w salonie. Jak to dobrze Jacku, że ty nie palisz. Nie masz pojęcia jak od dymu żółkną firanki! Zasada powinien tu być lada chwila, dochodzi już piąta.

Pięć po piątej zjawił się oczekiwany czwarty do brydża. Był mocno zbudowanym brunetem o lekko szpakowatych włosach, trochę niższym od Konarskiego. Irena Krzepicka dokonała prezentacji obu panów, po czym brydżyści zasiedli do drugiego stołu, gdzie leżały już dwie talie kart, notes, ołówek i dwie małe popielniczki. Aniela sprzątała naczynia po obiedzie, a panna Ewa poszła do swojego pokoju odrabiać lekcje. Inżynier Adam Zasada dostał jeszcze filiżankę kawy i wylosowali miejsca. Pierwszego robra mieli grać tak jak usiedli: małżeństwo Krzepickich przeciw inżynierom.

– To co, jak zwykle, po złotówce od punktu? – spytał Krzepicki.

Inżynierowie skinęli głowami z aprobatą.

– Jak licytujemy, panie poruczniku? Czy w Warszawie gra się już treflem przygotowawczym? – spytał Zasada.

– A jakże, gra się. Ale uściślijmy dla porządku. Jeden trefl to albo odzywka naturalna, albo słabe bez atu od 12 do 15 punktów. Czy tak?

– Dokładnie, jak w Lublinie – odparł zadowolony Zasada i ponieważ w losowaniu miejsc wyciągnął najniższą kartę, zaczął rozdawać karty, przełożone przez przez panią Irenę.

– Słyszeli państwo, że w kwietniu, w Londynie, odbył się pierwszy w historii mecz w brydża sportowego? Grały Anglia i USA.

– No i kto wygrał? – zaciekawiła się ciotka Irena

– Oczywiście ekipa amerykańska. Grał w niej sam Ely Culbertson. Podobno w zeszłym roku zaczął wydawać pismo The Bridge World. Próbuję ściągnąć pierwszy numer do Lublina. Jeden pik – otworzył licytację po ułożeniu kart w ręku.

Pierwsze trzy robry przeszły przy nieciekawych rozdaniach i kończyły się niewielkimi wygranymi. Pod koniec trzeciego robra do salonu przyszła panna Ewa, przysunęła sobie krzesło do lewego boku Konarskiego i oświadczyła, że będzie się uczyć brydża. Szeptała mu do ucha swoje pytania i uwagi. On również odpowiadał jej, szepcząc do pachnącego uszka. Trochę go to rozpraszało. Szczególnie, gdy sięgała na stół, aby dołożyć kartę od dziadka, kiedy akurat rozgrywał porucznik. Opierała się wtedy biustem o jego ramię i dotykała kolanem nogi. Może to było powodem błędu, który popełnił w najciekawszej rozgrywce wieczoru. Faktem jest, że do tego błędu niejako zmusił go Krzepicki, pokazując swoje mistrzostwo. Konarski grał z Zasadą. Obie strony były po partii. Rozdanie wyglądało następująco:



Zasada


♠ K D W 9 4

♥ W 9 5 3 .

♦ A D 5 . .

♣ 3 . . . .


Krzepicka …............... Krzepicki


♠ 7 5 2 ….................... ♠ A 8 6 3

♥ 8 6 2 ….................... ♥ A K . .

♦ 9 8 7 4 2 …...............♦ W 6 3 .

♣ 9 5 …...................... ♣ A 7 6 2


Konarski


♠ 10 . . . . .

♥ D 10 7 4 . .

♦ K 10 . . . . .

♣ K D W 10 8 4



Rozdawał Zasada i otworzył licytację – jeden pik. Krzepicki powiedział – jedno bez atu, a Konarski – dwa trefle. Pani Irena spasowała ze swoją plażą, a Zasada zalicytował dwa bez atu. Krzepicki spasował, a Konarski powiedział trzy kiery, szukając koloru do gry. Ciotka pas, a Zasada wrzucił, kończące robra, cztery kiery. Spotkało się to z kontrą Krzepickiego. Rekontry nie było.

Pani Irena zawistowała w blotkę trefl. Krzepicki zaciął asem, rozejrzał się po stole, pomyślał, a potem zagrał asa i blotkę pik.

Konarski zaczął się zastanawiać, dlaczego wujek to zrobił. Wiedział już, że na pewno leży bez jednej. Był wściekły, że nie zagrali trzech bez atu. Taki kontrakt ewidentnie dawał się ugrać. Ale co kombinuje Krzepicki? Może ma szóstkę pików i liczy, że ciotka ma singla i przebije drugą lewę pikową?

Postanowił nie ryzykować i przebił pika dziesiątką kier. Ku jego zdziwieniu pani Irena dorzuciła piątkę pik. Następnie wyszedł czwórką kier. Ciotka dołożyła szóstkę, panna Ewa dołożyła dziewiątkę kier ze stołu, a wujek zabił asem, po czym znowu zagrał pika. Tym razem ryzyko przebitki było jeszcze większe. Konarski przebił więc konsekwentnie damą kier. Od pani Ireny spadła siódemka pik. Rozgrywający zagrał oczywiście siódemkę kier, jego ciotka dorzuciła szóstkę, ze stołu spadła dziewiątka kier. Niestety, król kier był u wuja Wincentego, który po raz czwarty zagrał pika. Konarski nie miał już atutów i pani Irena triumfalnie przebiła pika atutową ósemką kier!

Leżeli bez dwóch, z kontrą, po partii. Dało to bardzo wysoki zapis w notesiku prowadzonym przez Krzepicką.

– Pani Ewo – powiedział Konarski – będzie pani musiała znaleźć sobie lepszego nauczyciela brydża. Gdybym nie przebił pika za pierwszym razem, a potem podegrał kiera ze stołu, leżelibyśmy tylko bez jednej. A w ogóle, to powinniśmy grać trzy bez atu i byłoby swoje w cuglach.

– Przypomina mi się dowcip o Żydzie, który przyszedł do rabina poskarżyć się na zięcia, że ten nie umie grać w karty. Rabin stwierdził zdziwiony, że to przecież bardzo dobrze. Tak, ale on nie umie grać i gra! – dobiła go Ewa Złotowska.

W tym momencie wybawił Konarskiego od dalszych drwin dzwonek u drzwi. Panna Ewa pobiegła otworzyć. Przyszła do niej koleżanka szkolna.

– Przyniosłam ci kilka numerów pisemka W słońce, które pożyczył mi kolega z Zamoja. Pomożesz mi w matmie? – pytała pannę Ewę, przechodząc przez salon.

– Uczył Marcin Marcina – mruknęła ciotka pod nosem – Wincenty, nalej nam proszę po kieliszeczku piołunówki.

Gracze wstali rozprostować nogi, pani Irena otworzyła okno, a Wincenty napełnił kieliszki nalewką. Piołunówka ich pobudziła, ale rozdania były nadal nieciekawe. Zagrali jeszcze dwa robry i Zasada oświadczył, że musi już iść, bo ma spotkanie o dziewiątej. Krzepicka zapraszała go na kolację, ale zdecydowanie odmówił. Wobec tego zsumowała wyniki robrów. Okazało się, że wszyscy płacą panu Wincentemu. Inżynierowie po 12 złotych, a pani Irena 27 zł. Tak więc rodzina gospodarzy wygrała per saldo 24 zł.

Inżynier Zasada pożegnał się i wyszedł, obiecując przyjść w piątek. Konarski dał się namówić na herbatę i kanapkę z szynką. Porozmawiał chwilę z ciotką o sprawach rodzinnych. Zarzekała się, że w tym roku na pewno przyjedzie odwiedzić grób siostry, czyli matki Jacka. Pytała, czy będzie ją mógł przenocować w Warszawie. Konarski zaprosił serdecznie wujostwo do siebie i zaczął się żegnać.

Wtem z pokoju wybiegły nastolatki i zaczęły go prosić, żeby pomógł im rozwiązać równanie trygonometryczne, z którym nie mogą sobie dać rady. Porucznik poszedł z nimi, zostawiając drzwi do pokoju otwarte. Posadziły go na krześle przed kartką papieru, a same

stanęły nad nim po obu stronach, przyciskając się do niego zupełnie niepotrzebnie. Konarski zastosował dwie banalne tożsamości trygonometryczne i rozwiązał równanie w minutę. Wzbudziło to szczery podziw uczennic. Gdy wstał, dostał dwa gorące całusy w policzki od gimnazjalistek. Ciotka w końcu przerwała zaloty dzierlatek i odprowadziła siostrzeńca do drzwi.

Na ulicy Konarski spojrzał w okna Krzepickich i przesłał żołnierskiego całusa machającym rękami dziewczętom. Doszedł do Krakowskiego Przedmieścia i skręcił w lewo. Postanowił przespacerować się przed snem.

Ulica była pełna ludzi. Eleganccy panie i panowie mijali się uśmiechnięci, pozdrawiając znajomych. Krakowskie Przedmieście wyglądało jak deptak w znanym kurorcie. Z otwartych drzwi kawiarni i restauracji dobiegały dźwięki muzyki. Konarski poczuł się dumny, że walczył z bronią w ręku o takie wieczory w wolnym kraju. Wyprostował się i założył ręce do tyłu. Mijające go panie najwyraźniej zwracały uwagę na przystojnego, nieznajomego pana, kroczącego dumnie, z podniesioną głową.

Piękny majowy wieczór i nastolatki testujące na nim swoje możliwości uwodzicielskie wprawiły go w błogi nastrój. Przez głowę przebiegły mu różne nieuczesane myśli. Dopiero na wysokości Parku Saskiego zapędził je do poczekalni w podświadomości i zaczął myśleć o sprawach służbowych. Alejami Racławickimi doszedł do budynku uniwersytetu, przeszedł na drugą stronę ulicy i nieśpiesznie szedł w kierunku hotelu, pogrążony w myślach.


***


Siedem godzin wcześniej, w zakładach samolotowych Plage i Laśkiewicz, inżynierowie Banaś i Nienacki kończyli pracę w laboratorium chemicznym. Na porannej odprawie główny technolog polecił im wykonać po pięć stugramowych próbek nowego stopu, opracowanego przez zespół profesora Jana Czochralskiego z Politechniki Warszawskiej. Dokumentację, którą dostarczył mu rano podporucznik Miciński, otrzymała czwórka jego podwładnych. Dziesięć próbek miało być następnie poddane standardowym badaniom materiałowym. Wyniki miały być przesłane do Warszawy, dla porównania wyników i sprawdzenia w ten sposób powtarzalności technologii.

Pięć godzin później inżynierowie Banaś i Nienacki mieli już odważone składniki, przygotowane tygielki i foremki odlewnicze. Wytop zamierzali przeprowadzić następnego dnia, bo proces musiał trwać kilka godzin. Zaczęli już porządkować laboratorium, gdy rozległ się dzwonek telefonu. Odebrał stojący bliżej Banaś.

– Tak, tak, już jadę – rzucił do słuchawki i odłożył ją na widełki – musimy jechać z synkiem do lekarza, dostał wysokiej temperatury. Pozamykaj wszystko, dobrze?

Zdjął fartuch i wyszedł szybko z laboratorium, zabierając jedną z dwóch teczek z dokumentacją leżących na stole.

Nienacki zamknął i opieczętował laboratorium, po czym z papierową teczką pod pachą poszedł do swojego gabinetu. Wszedł, rzucił teczkę na biurko, otworzył zakratowane okno i usiadł w fotelu.

Wyjął, z otwieranej na kluczyk szuflady, plik kartek papieru zapisanych z jednej strony. Położył je na blacie biurka i dopiero teraz zauważył, że przyniesiona dokumentacja należała do Banasia. Sięgnął ręką po telefon, ale natychmiast zrezygnował z zamiaru zadzwonienia do kolegi – na pewno już go nie ma u siebie – pomyślał.

Z innej szuflady wyjął słoiczek z ciemnego szkła z napisem „Spirytus skażony”. Postawił słoiczek obok kałamarza, a z pudełka na biurku wyjął obsadkę z nową stalówką. Otworzył kałamarz i słoik oraz teczkę z dokumentacją. Wziął do ręki kartkę papieru, na której widniał przepis na szarlotkę z wierzchem bezowym. Odwrócił kartkę na czystą stronę i zaczął przepisywać fragmenty dokumentacji, maczając stalówkę w słoiczku.

Gdy dotarł do połowy kartki, pierwsze napisane wiersze zaczęły blednąć i stawać się niewidoczne...


***


Konarski obudził się przed dziewiątą, zjadł śniadanie i zaczął się pakować. Odprawa w Dowództwie Korpusu zaczynała się o jedenastej. Aby zdążyć na pociąg do Warszawy odjeżdżający o piętnastej piętnaście, powinien zapłacić za hotel i najpóźniej o czternastej wyjść z odprawy, gdyby się przedłużała. Za dwadzieścia dziesiąta zszedł do recepcji, uregulował należność za pobyt i odebrał pistolet z sejfu hotelowego. Założył kaburę pod marynarkę w przechowalni bagażu, gdzie zostawił swoją walizkę i płaszcz. Porucznik kupił w kiosku hotelowym egzemplarz Ziemi Lubelskiej i wyszedł na dwór. Było jeszcze cieplej niż wczoraj. Przeszedł na drugą stronę Krakowskiego Przedmieścia i doszedł do przystanku linii autobusowej „A” pod pocztą, aby sprawdzić rozkład jazdy. Linia kursowała od koszar do dworca kolejowego. Konarski postanowił postawić swój los na autobus o czternastej dwadzieścia.


Purchase this book or download sample versions for your ebook reader.
(Pages 1-31 show above.)